Strona główna Samochody zabytkowe O Złombolu i tajemniczej Smerfetce

O Złombolu i tajemniczej Smerfetce

1634
0
3/5 (1)

Pierwszy raz w akcji Złombol wziął udział w 2014 roku, a w trasę wyruszył błękitną ładą 2107 z 1986 roku. O pasji do zabytkowych pojazdów, uroczej Smerfetce i motywach akcji Złombol rozmawiamy z Panem Kamilem Puszczykiem.

 

Jazdaprawna.pl: Panie Kamilu, zacznijmy od początku. Jak zrodziła się u Pana pasja do zabytkowych pojazdów i skąd pomysł, aby wziąć udział w Złombolu?

Kamil Puszczyk: Pomysłodawcą oraz osobą, dzięki której ja i moi przyjaciele (Robert i Marcin) zaczęliśmy przygodę pod tytułem „Złombol”, był mój serdeczny przyjaciel Grzesiu Wojnar. To on wytłumaczył nam każdy szczegół i skusił na wyprawę życia. Dodatkowo Grzesiu sam zgłosił się do bycia naszym głównym elektrykiem samochodowym, po czym trochę tego żałował.

Wszystko zaczęło się rok przed pierwszą naszą wyprawą do Lloret de Mar w Hiszpanii w 2014 roku. Grzesiu po prostu rzucił pomysł, zachęcał, wiercił dziurę w brzuchu, więc w końcu zgodziliśmy się i postanowiliśmy zrzucić się na pierwszy złombolowy wehikuł w czwórkę. Jako, że każdy z nas zupełnie nie jest związany z motoryzacją i naprawami samochodów w sensie zawodowym, interesował nas samochód, do którego dołączona byłaby jak najobszerniejsza instrukcja napraw.

Po przejrzeniu bardzo dużej ilości ofert sprzedaży samochodów do 1000 zł (wymóg złombolowy), wybór padł na błękitną ładę 2107 z 1986 roku. Zauroczył nas duży przesuwany czarny faltdach. Łada została zakupiona w Szczyrku i już w drodze powrotnej do Zabrza otrzymała wdzięczne imię Smerfetka. Kolejne pół roku upłynęło na dłubaniu przy silniku, hamulcach oraz elektryce. I udało się. Wystartowaliśmy w 2015 roku, przejeżdżając cała trasę z mniejszymi i większymi humorami Smerfetki.

JP.PL: Od jaki dawna uczestniczy Pan w akcji Złombol?

KP: Pierwszy raz wystartowałem w akcji Złombol w 2014 roku w kierunku wspomnianego Lloret de Mar, zwiedzając przy okazji spory kawałek Europy: Czechy, Słowację, Węgry, Słowenię, Włochy, Monako, Francję, kawałek Hiszpanii, a w drodze powrotnej udało się także zahaczyć o Oktoberfest w Monachium.

W naszej pierwszej edycji Złombola poznaliśmy sporo wspaniałych ludzi, szczególnie załogi dwóch polonezów truck’ów: „White truck”, na czele którego stał Łukasz oraz ekipę „Poldolot” z Pawłem i Wiolettą na czele. Okazało się, że to przyjaźń na kolejne wypady zlombolowe. Niestety, w 2015 roku nie mogłem wziąć udziału w edycji do królowej Alp: Passo dello Stelvio. Przyjaciele wyruszyli poczciwą skodą favorit z Grzesiem na czele. Jednakże w 2016 roku podjąłem wyzywanie kolegów i wyruszyłem z nimi w gorącą przygodę prosto na Sycylię w innej, ale także uroczej maszynie.

JP.PL: Jakim pojazdem wyrusza Pan w trasę Złombolu?

KP: Jak już wspomniałem, pierwsza wyprawa na Złombol odbyła się wspaniałą ładą 2107. Po powrocie z rajdu zapragnęliśmy znaleźć samochód, który będzie nietypowy i większy. Podróż czterech facetów razem z namiotami, karimatami, śpiworami, częściami zapasowymi, kluczami, skromnym wyżywieniem i niezbędnymi ubraniami nauczyła nas wykorzystywania przestrzeni samochodowej do maximum. Pamiętam, mieliśmy na telefonie zdjęcie poukładanych rzeczy w bagażniku, bez którego nie byliśmy w stanie ponownie się zapakować z opcją zamknięcia bagażnika.

Po powrocie z pierwszego Złombolu ponownie zaczęliśmy przeszukiwać aukcje internetowe w celu znalezienia czegoś unikatowego i niezwykłego. Godziny spędzone na poszukiwaniach nie poszły na marne. Tym razem oczywiście Grzesiu znalazł ślicznego barkasa B1000 w pobliżu Krakowa. Pomimo tego, że po szybkim obejrzeniu i sprawdzeniu  nie odpaliliśmy samochodu, wzięliśmy go ze sobą, dumnie wioząc na lawecie.

I cała przygoda z mechaniką zaczęła się od nowa😊, aczkolwiek udało nam się zarazić ideą Złombola naszego przyjaciela Mariusza, który okazał się najlepszym mechanikiem, jakiego znaliśmy i który włożył mnóstwo czasu i pracy, aby Barkasik mógł sam przecinać szosy. Staraliśmy się pomóc Mariuszowi na tyle, na ile umieliśmy, ale nie zawsze nasze wysiłki przynosiły oczekiwany skutek ;).

JP.PL: Czy mógłby Pan przybliżyć naszym Czytelnikom ideę tej wyjątkowej akcji?

KP: Idea akcji jest jedna: przeżyć wspaniałą przygodę i spełnić marzenia dzieci. Pieniądze zbierane od darczyńców są wpłacane bezpośrednio na rzecz fundacji, za pomocą której są spełniane marzenia dzieci z domów dziecka np. o wyjeździe nad morze lub o nowych pluszakach itp. Zebrana kwota przeznaczana jest zawsze i w całości na małe i większe marzenia dzieci z domu dziecka. W zamian za przelanie pieniędzy na konto fundacji my jako załoga samochodu zobowiązujemy się do naklejenia logo lub imienia darczyńcy na naszym pojeździe.

Dzięki głównej idei udało nam się dodatkowo poznać naprawdę wspaniałych ludzi, którzy niosą pomoc na drodze w przypadku niechęci samochodu do dalszej jazdy. Ponadto samochód z czterema właścicielami spaja przyjaźń.

JP.PL: Jaki element przejazdu jest najtrudniejszy podczas całej trasy?

Szczerze mówiąc, nie ma takich odcinków. Cała trasa wyznaczona przez organizatorów jest jednym, długim, ciężkim odcinkiem. Nigdy nie byliśmy pewni, gdzie nasz pojazd będzie miał gorszy dzień i odmówi posłuszeństwa, chcąc odpocząć. Zdarzały się momenty, gdy samochód zbuntował się na prostej, równej drodze.

Na pewno mogę powiedzieć, że jazda w górach jest naprawdę męcząca i sprawdzająca zdolności kierowców oraz przygotowanie samochodów. Pamiętam, że przyjaciele z polonezów mieli ogromne problemy w Monako, gdzie niestety na zakrętach trzeba było pokonywać każdy z nich na „dwa razy”, przy okazji blokując drogę. Także nam zdarzyło się wstrzymywać ruch, dzielnie wjeżdżając pod górkę na pierwszym biegu.

Pomimo tych trudności i przeciwności warto poświecić czas oraz pracę dla wspaniałego uczucia zwycięstwa i dojechania do celu samochodami, które według oceny innych nie dałyby rady przejechać połowy trasy.


JP.PL: Panie Kamilu, w tym roku lista zgłoszeń jest już zamknięta, ale być może w przyszłym roku ktoś z naszych Czytelników zdecyduje się wziąć udział w akcji. Co odpowiedziałby Pan naszym Czytelnikom na pytanie: „Dlaczego warto”?

KP: Warto dla wspaniałej przygody, poznania nowych ludzi z pasjami, nutki stresu w momencie popsucia się samochodu i pełnych kreatywności napraw w trasie przy pomocy wszystkiego, co się znajdzie pod ręką.

Dodatkowo uczucie przeżycia czegoś takiego oraz świadomość, że się pomogło innym uczestnikom oraz przy okazji dzieciom też jest niezmiernie miła i dodająca skrzydeł.

Organizatorzy rajdu zawsze zapewniają trasy z atrakcjami i naprawdę pięknymi widokami w dzień i w nocy. Dodatkowo w razie dłuższej naprawy warto poznać życzliwość mieszkańców Europy, którzy także starali się nam pomóc w naprawie, pomimo że widzieli samochód pierwszy raz na oczy.

Korzystając z okazji, chciałbym serdecznie podziękować Grzesiowi Wojnarowi za zarażenie nas przygodą zwaną Złombol i za to, że dzięki Niemu mogliśmy przeżyć przygodę życia. Mam nadzieję, że jeszcze wiele wypraw przed nami.

Nie mogę także zapomnieć o wszystkich osobach, dzięki którym udało się zrealizować całe przedsięwzięcie: najlepszemu mechanikowi Mariuszowi oraz Paulinie i Patrycji za wspomaganie nas kawą i jedzeniem w czasie długich godzin podczas napraw samochodu.

 

Oceń artykuł

Poprzedni artykułNa tych trasach ruszają remonty. Sprawdź, gdzie spotkają Cię utrudnienia
Następny artykuł50 km/h w terenie zabudowanym – gdzie będą takie zmiany?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj